Pierwszy album Toola nagrany bez starego basisty – Paula d’Amoura, Anima, jest nas wyraz ekspansywny i zionie ciemną psychodelą. Jako dodatek do linii, mamy niezliczoną ilość zagrywek i fajerwerków, które mieszając się siłą uderzeniową tworzą atmosferę, która ulatuje gdzieś w eter, dając niezbitą świadomość czającej się za rogiem przemocy. Struktura jest luźniejsza niż na Undertow, z rzadka trzymając się konwencji zwrotkowo-refrenowej, opierając się na wybujałych zagrywkach równie często, co mocnych riffach. Nowy basista, Justin Chancellor, wniósł powiew świeżości, nieco improwizacji i po raz pierwszy utwory są bardziej podobne do King Crimson niż Black Sabbath. Kilka dziwnych interludiów czyni koszmarność albumu nawet bardziej surrealistyczną. “Intermission” to głupawa organowa przygrywka, przypominająca karuzelę a “Die Eier von Satan” to mieszanka mechanicznych dźwięków, cierpko brzmiącej niemieckiej recytacji, euforycznych krzyków tłumu, co brzmi jak Einsturzende Neubaten grające nazistowską piosenkę – przynajmniej dopóki nie zdasz sobie sprawy, że wściekły Niemiec tak naprawdę czyta przepis na meksykańskie ciastka weselne.
Takie zestawienia to klucz do Animy, zwłaszcza liryk, które częściej są dużo bardziej pozytywne, niż sugerowałaby apokaliptyczna muzyka. Keenan wyobraża sobie ogromne trzęsienie ziemi, równające z ziemią sztuczność Los Angeles w tytułowym utworze (bzdura! – przyp. tł.), snuje rozważania na temat korzyści z genetycznych mutacji w “Forty-Six & 2″ i sugeruje, że psychodeliki pomagają w rozwoju umysłu podczas prawie czternastominutowego “Third Eye”. Ta wolność formy, pozwalająca na szeroko zakrojone rozważania stała się kamieniem węgielnym dla przyszłych przedsięwzięć Toola.
Carey: “Byliśmy w trasie trzy lata po wydaniu Undertow, więc kiedy zaczęliśmy pracować nad Animą, byliśmy bardziej dojrzali muzycznie, a to całkiem zmienia postać rzeczy. Masz dzięki temu coś w rodzaju wolności – gdy coś przyjdzie ci do głowy, możesz to zrobić właśnie tak, jak chcesz. Jeśli jesteś kiepskim muzykiem, to choćbyś miał najlepsze pomysły – nie ma to znaczenia. Przed Animą, po prostu podążaliśmy za instynktem. W powietrzu zawsze unosiła się złość i nawet nie staraliśmy się jej kontrolować. Ale gdy dojrzeliśmy jako ludzie, na Animie staraliśmy się dać się ponieść duchowości, zrobić wszystko tak, jak należy, wziąć odpowiedzialność za swoją sztukę.”
Keenan: “Na początku z Animą było naprawdę ciężko. Spędziliśmy mnóstwo czasu goniąc własny ogon, poza tym nie układało nam się z Paulem d’Amourem. Poza tym, było świetnie. Jesteśmy przyjaciółmi, rozmawiamy, ale on już do nas nie pasował i musieliśmy pójść własnymi ścieżkami. Niech Bóg ma go w swojej opiece, padł ofiarą kompleksu niższości. Zespół stawał się za duży, żeby on mógł się w nim dobrze czuć. Zresztą, zawsze był przeciw wszystkiemu, nie potrafił pozwolić sobie na radość z odnoszonych sukcesów. By ocalić twarzy, powiedzieliśmy wszystkim, że odszedł, ale to nieprawda. Wyrzuciliśmy go.”
Chancellor: “Mieszkałem w Londynie z bratem, który był kumplem Matt’a Marshalla, bliskiego znajomego Toola. Więc byliśmy pierwszymi ludźmi w Europie, którzy dostali pierwsze demo Toola i, ja i mój brat, natychmiast się w nim zakochaliśmy. Gdy wydali Opiate, wybraliśmy się do Nowego Yorku, by zobaczyć ich występ w CBGBs i, ponieważ znaliśmy Matta, zostaliśmy przedstawieni zespołowi i staliśmy się przyjaciółmi. W 1995, gdy wróciłem z koncertu mojego zespołu, Peach, i ładowaliśmy graty z vana do mieszkania wokalisty, współlokator zawołał mnie i powiedział, że naprawdę muszę zadzwonić do Adama z Ameryki. Tak też uczyniłem, a on powiedział, że Paul odszedł i naprawdę chcą spróbować ze mną. Wysłali mi demo “Pushit”, ” Anemy” i “Eulogy”, wszystkie w powijakach i kazali się z nimi zapoznać. Te kawałki dokończyliśmy zaraz po moim dołączeniu, później już pracowaliśmy nad nowym materiałem, który okazał się niesamowicie wymagający i onieśmielający. Po pierwsze, pojechałem do Stanów tylko ze swoją gitarą i ubraniami, więc było ciężko na poziomie osobistym. Później nadszedł długi czas, gdy musiałem przekonywać samego siebie, że to, co robię i pokazuję reszcie – jest dobre.
Powiedzieli, że warto nad tym popracować, ale ciężko mi było w to uwierzyć. Nie mogłem przestać porównywać swoich kreacji z tym, co już stworzyli, brałem to za kryterium. Nie byłem zbyt pewny siebie i naprawdę ciężko mi było odnaleźć się w tej sytuacji. Paradoksalnie, prawie nie potrafiłem cieszyć się tym, czego zawsze pragnąłem.”
Carey: “Wszyscy ludzie, których wypróbowaliśmy [włączając Scotta Reedera z Kyuss' i Franka Cavanaugha z Filter] byli naprawdę dobrymi muzykami, ale po nagraniu regularnych piosenek zrobiliśmy “junk session” i gdy Justin zagrał z nami, natychmiast wiedzieliśmy, że to właściwy człowiek. Ponieważ mieliśmy diametralnie inną osobowość, wszystko się zmieniło – cała dynamika, chemia, która powstaje, gdy tworzymy – wszystko. To, że Justin był takim świetnym muzykiem i to, że miał tyle natchnionych pomysłów, otworzyło dla nas nową drogę.”
Keenan: “Dla mnie pierwsze dwa albumy były pierwszym krzykiem. Jako tekściarz i frontman chciałem wypracować jakieś koncepcje a później iść naprzód. I oto jestem – opowiadam przez trzy lata te same historie, które wyrastają z mojej złości i negatywnie wpływają na moje życie. Opowiadanie tego co wieczór nie pomaga. Zatem, gdy zaczęliśmy Aenimę, chciałem znaleźć sposób aby przemienić to wszystko i pozwolić temu odejść – odszukać inne ścieżki, aby zniszczyć ten negatywizm. Przebrnąłem przez ezoterykę, duchowość, religię. Przeczytałem wiele książek – matematycznych i psychologicznych i po prostu zagłebiałem się w siebie by oczyścić swoje ciało i umysł. To wszystko pomogło wznieść album na bardziej ezoteryczne, duchowe poziomy i, pomimo oczywistego zaangażowania emocjonalnego, ukazuje też wyższe uczucia.”
Carey: “Wiem, że w tym czasie interesowaliśmy się psychodelikami bardziej niż przez resztę życia. Nie ma jednak wątpliwości, że to pomaga uwolnić kreatywne obszary umysłu. To jest udowodnione naukowo. Myślę, że to pomogło nam dzielić się osobistymi przeżyciami z pozostałymi, ukazać nasze osobowości i psychiki w wyraźniejszy i bardziej jasny sposób. A muzyka popłynęła sama.”
Jones: “Muzycznie, strasznie było zdać sobie sprawę, że nie dostajemy od Sylvii Massey dokładnie tego, czego byśmy chcieli. Jest dobrym technicznym i naprawdę świetną osobą, ale nie chcę z nią już nigdy pracować. Potrzebowaliśmy kogoś, kto byłby czymś więcej niż technicznym. I Danny i ja usłyszeliśmy album “First Day” nagrany przez Davida Sylviana i Roberta Frippa, nad którym pracował David Bottrill. Był niesamowity. Mogłeś usłysześ każdy instrument i wszystko było dynamiczne i naprawdę chcieliśmy, by to tak brzmiało. Więc zadzwoniliśmy do Davida i zaczęła się nasza współpraca.”
Keenan: “Kolejną różnicą między Undertow a Aenimą było to, że miałem syna. Gdy to się staje, przyjaciele przybiegają z gratulacjami a ty mówisz “wiecie, chyba się trochę wycofam, jestem za to odpowiedzialny”. To cię zmienia w pozytywny sposób. Katharsis, którego szukałem przez pierwsze dwa albumy nadeszło wraz z synem, co pomogło mi uspokoić się i spojrzeć z innej perspektywy na cały wysiłek, stres i problemy emocjonalne, z którymi się borykałem. Chłopaki tego nie doświadczają i ciężko powiedzieć czy to dobrze czy źle. Myślę, że to trzyma nas tam, gdzie jesteśmy i bardzo dobrze, że ciągle są przeciwieństwa, równowaga i porównywanie, ale zdecydowanie chciałbym zobaczyć ich docierających do tego momentu w życiu.”
Jones: “Jeśli chodzi o naszą twórczość graficzną, zawsze myślę tak: “zróbmy coś, czego nikt jeszcze nigdy nie zrobił” albo “jak daleko można z tym zajechać?”. Znalazłem kiedyś małą płytę, która miała soczewkową, ruszającą się okładkę. W środku zmieniały się obrazy i po prostu wymiękłem. Nasz manager znalazł małą firmę, która to stworzyła, więc skontaktowaliśmy się z nimi i zapytaliśmy czy moglibyśmy zrobić, powiedzmy, milion kopii. Myślę, że byliśmy pierwszym komercyjnym zespołem, który to zrobił. Z artystycznego punktu widzenia, to mnie naprawdę ekscytuje.”
Tłumaczył Sebastian

