W wyniku wzbogacania lateralusowej formuły (lub jej braku), 10,000 days jest pełne dziwacznych rozwiązań czasowych, niekonwencjonalnych riffowych struktur i otwartych zakończeń, ale część emocji została zastąpiona przez melancholijne refleksje. Tytuł albumu odnosi się do czasu jaki matka Keenana cierpiała na paraliż powypadkowy przed śmiercią i w Wings for Marie i 10,000 days wokalista porzuca opiekę nad nią opisuje ich relację (”co zrobiłem, by być synem anioła?/co zrobiłem, by na to zasłużyć?”). Ale, jakkolwiek 10,000 days zawiera kilka najbardziej wyznaniowych, skłaniających do kontemplacji momentów, ma w sobie też kilka naprawdę mocnych “zmiataczy”. W Vicariousie porażające bębny miażdżą wraz z mocnymi riffami i surowym, nawiedzonym wokalem (”bo ja muszę widzieć śmierć/ale bezpieczny dystans mieć”). W The Pot stylowa linia basowa przechodzi w porwane, niejasne gitarowe riffy z dodatkiem zaraźliwej zaśpiewki (”musisz być nieźle na haju”). I Jambi – napędzane indiańską perkusją wznoszącą się wraz z dziwnymi solówkami gitarowymi. Niezależnie od tego czy Tool “odlatuje” czy miażdży 10,000 days pokazuje, że zespół jest w szczytowej formie i nie boi się zaryzykować wszystkiego dla swojej sztuki.
Maynard Keenan: Możecie zgadnąć które z kawałków chłopaki tworzyli gdy byłem zaangażowany w A Perfect Circle bo tak jakby meandrują, zawierają mnóstwo dziwnych i skomplikowanych zwrotów i pętli. Wymagają trochę psychodeli, żeby się nimi cieszyć – i to jest fajne. Uwielbiam cieszyć się czymś, przy tworzeniu czego nie byłem. Mogę później dodać trochę własnego smaku, żeby wznieść to na inny poziom. Dobrze, że przez jakiś czas mnie nie było, bo koledzy definitywnie potrzebowali czasu by gonić własny ogon i trafiać w ślepe uliczki. Później, gdy zeszliśmy się mając za sobą te eksperymenty, wszystko zaczęło płynąć. I wtedy mogliśmy mieć po prostu radochę z grania The Pot czy Jambi. Ale trzeba było mnóstwa udręki, wewnętrznie i zewnętrznie, aby do tego dojść.
Danny Carey: Mieliśmy sporo pomysłów z jam sessions z Lateralusa, więc było od czego zacząć. Myśleliśmy – taa, to będzie dużo łatwiejsze niż ostatnio. I pod wieloma względami – nie było. Staliśmy się po prostu większymi dupkami i nasze dziwactwa zaczęły działać pozostałym na nerwy. Ale jesteśmy też dużo mądrzejsi i wiemy, że to po prostu nasze osobowości i staramy się akceptować, dawać pozostałym przestrzeń by radzili sobie z samymi sobą – co oczywiście nie pomaga ani trochę, gdy wszystko się wali. Nie powiedziałbym, że 10,000 days było choć trochę łatwiejsze. I myślę sobie, że z następnym albumem pójdzie jak z płatka. Ale pewnie będzie jeszcze trudniejszy. Ale też lepszy.
Justin Chancellor: Pierwszą piosenką, nad którą pracowaliśmy, był Vicarious i okazał się dla nas nieco trudny. Wyglądało na to, że nigdy go nie skończymy i wymagało miesięcy, aby wreszcie nabrał ostatecznego kształtu. Pracowaliśmy jednocześnie nad resztą, ale ciągle do niego wracaliśmy, czując, że jest kluczem do całego albumu. Znajdujemy rozwiązania razem. Nigdy nie jest tak, że jeden pisze piosenkę i mówi “ok., tak to będzie wyglądać”. Przynosimy pomysłu najsurowsze jak tylko się da i pracujemy nad nimi aż staną się większe niż którykolwiek zdołałaby wymyślić w pojedynkę.
Adam Jones: Zawsze, gdy kończysz próbę, myślisz “mam nadzieję, że przy następnej uda się zacząć z miejsca, w którym skończyliśmy”. Ale jeśli byś tak postąpił, kręcił byś się w kółko. To mnie mierzi w zespołach wydających płytę co roku. Zawsze myślę: “hej, to brzmi jak jakiś garażowy zespół grający stare covery. Wiecie? Nie rośniecie, myślę, że powinniście trochę odetchnąć. Dlatego dobrą rzeczą jest odpocząć rok po wydaniu albumu, bo po powrocie doceniamy to co robimy i patrzymy na to w innym świetle.
Maynard Keenan: Chciałem dać mu trochę energii, którą miały pierwsze albumy, kiedy byliśmy czterem chłopakami mającymi frajdę z grania. Później wszystko stało się jakby zaśniedziałe, dokładnie zaplanowane, jak bieganie po schodach w kółko z zawiązanymi oczami i drewnianą nogą. Chciałem to zrobić, bo wprawdzie lubię puzzle, układanie liryk w całość, ale chciałem mieć poczucie, że tym razem mogę zeskoczyć ze schodów z zamkniętymi oczami i wylądować na czterech łapach. W pewnym sensie miało to miejsce na 10,000 days, ale gdy wszedłem do studia poczułem napięcie każące zrównać wszystkich, niegotowe do kompromisu, uszanowania innego punktu widzenia.
Adam Jones: Kolejnym spowalniaczem były problemy prawne. Znowu byliśmy pozywani za to i tamto, zawsze w stylu: “spłać nas szybko, to nie spowodujemy dużo kłopotów”. Nienawidzę tego w systemie prawnym, że byle pętak może pozwać nawet najbogatszych i dochodzić swoich bzdurnych praw. Napotykamy na największych szaleńców, mówiących “ukradliście mój album, jestem Jezusem a wy jesteście Diabłem”.
Maynard Keenan: Myślę, że najgłupszą rzeczą, jaką zrobiłem było wywnętrzanie się w stopniu, w jakim to zrobiłem przy Wings. i 10,000 days. Nigdy nie popełnię tego błędu ponownie. Po prostu za dużo mnie to kosztowało, emocjonalnie, psychicznie i fizycznie. To po prostu zbyt trudne w środowisku, które określiłbym jako wrogie. Koncert Toola nie jest zbyt wzmacniającym zdarzeniem. Wielu ludzi rozumie o co w tym chodzi, ale zdecydowanie są tacy, którzy nie łapią i jest bardzo, bardzo ciężko wyrazić tak osobiste uczucia w takim miejscu. Tak jest z “Prison Sex” i “Wings”. Nie chcę tego więcej robić. Te piosenki są niezrozumiane i fałszywie odbierane. I technicznie – zagranie 10,000 days jest bardzo trudne. Więc jeśli jeden z nas nawali, wszystko nawali. A dla mnie nie jest to dobra piosenka, żeby nawalać.
Justin Chancellor: Granie 10,000 days na koncercie było niewątpliwie wyzwaniem, ale opłacało się. Jest dużo wrażliwsze niż jakikolwiek nasz utwór i wymaga wyciszenia się o bycia otwartym. Więc, gdy grasz to na wielkim koncercie z laserami wokół i gdy to się zaczyna, wychodzisz ze swojego ciała i możesz spojrzeć z zewnątrz i cieszyć się widząc, że wszystko gra tak naturalnie. Dla mnie to było wspaniałe.
Danny Carey: David Bottrill był wspaniały przy Aenimie i Lateralusie, ale teraz potrzebowaliśmy kogoś innego do nagrania 10,000 days, bo nie chcieliśmy zrobić drugi raz takiego samego albumu. David był perkusyjnie nastawiony a Adam chciał gościa bardziej zorientowanego na gitary. Trochę się bałem, bo podobało mi się to, co Joe Barresi zrobił z Melvins i Jesus Lizards ale nie podobał mi się dźwięk perkusji. Musiałem z nim pracować, ale myślę, że dostałem najlepszą perkusję jaką kiedykolwiek miałem. Jest zdecydowanie gitarowym chłopakiem, więc musiałem walczyć rękami i nogami, żeby być usłyszanym. Sporo się przy tym nauczyłem.
Adam Jones: Aby pozbyć się napięcia, razem z Maynardem zaczęliśmy strzelać. Maynard mieszka w Arizonie i może dostać fajne strzelby, co jest nie do pomyślenia w Kalifornii, bo jakiś dzieciak się zastrzelił i zepsuł wszystkim zabawę. Więc Maynard przywiózł swoje strzelby i za cele używaliśmy listy spraw do załatwienia w każdym utworze. Przyniósł cel w kształcie człowieka i porozmieszczał te kartki w różnych miejscach ciała. To było tak – trafiasz w głowę – bas jest załatwiony, w klatę – wokal, ramiona – gitary. Nagrywaliśmy w Grand Masters, tam, gdzie Undertow. To miejsce ma pozytywną wibrację. Niektóre studia są bardzo restrykcyjne, ale w Grand Masters mówili: “róbcie co chcecie, byleście nikogo nie zabili”.
Danny Carey: Spędziliśmy trochę więcej czasu nad 10,000 days, bo wiedzieliśmy, że czas nie gra roli. Spędziliśmy rok tworząc, ale nagrywanie poszło gładko. Ja nagrałem perkusję w tydzień, Justyn uporał się z basem w trzy, może cztery dni. Adamowi zabawa zajęła jakieś dwa miesiące. Użył wielu nowych wzmacniaczy i rozwinął swój dźwięk w sposób, którego nie słyszałem nigdy wcześniej.
Adam Jones: Pamiętam jedną rzecz sprzed nagrania albumu. Firma tworząca taśmy szpulowe zbankrutowała i nie mieliśmy na czym nagrać albumu. To był problem, bo nie lubimy nagrywać od razu cyfrowo. Nagrywamy na kasetę analogową i kopiujemy na cyfrowy zapis, bo przejmuje brzmienie analogowe. Wiec Joe Barresi biegał po mieście kupując wszystkie kasety, jakie mógł znaleźć. I teraz mamy sporo dodatkowych kaset, które trzymamy w klimatyzowanej krypcie, by móc ich użyć następnym razem.
Danny Carey: Gdy nagraliśmy, zaczęliśmy miksowanie w Bay Seven w północnym Hollywood użyliśmy mikrofonu, którego używał Adolf Hitler. Miał małą swastykę z orłem. Myśleliśmy “to chyba jakiś żart”. Okazało się, że był gość, który zjechał cały kraj skupując wszystkie mikrofony Telefunken z 1940 i przywiózł nam. Powiedzieliśmy “musimy ich użyć, mają w sobie trochę voodoo”. Może to dodało szczyptę zła do całego dzieła. Bez odrobiny zła – nie ma dobra.
Tłumaczył Sebastian


Bardzo przyjemnie jest poczytać i wiedziec więcej o tych ludziach, którzy tworzą Tool’a
Oni mają genialne poczucie humoru