AVC: Kiedy zaczęła się twoja winiarska pasja?
Maynard James Keenan przewodzi Toolowi, jedynemu muliti-platynowemu metalowemu zespołowi, ze wskazaniem składu którego nawet fani mieliby problem. Od debiutu w 1990 muzycy celowo zaciemniają padające na nich światła reflektorów, woląc by ich hiperambitne albumy-włączając 10,000 Days, razem ze swym wbudowanym stereoskopem do oglądania grafik-mówiły same za siebie. Zrozumiałym jest, że ta tajemniczość doprowadziła do powstania mnóstwa plotek, dezinformacji, i biografii, które słuchacze wchłaniali jak opensoure’owy kod, a Keenen nie mógłby wymyślić sobie nic lepszego. Ale w tym czterdziestodwuletnim piosenkarzu jest więcej niż tylko enigmatyczny styl sceniczny: jest także hinduskim mędrcem, ojcem, winiarzem, byłem kadetem, i niedocenionym komikiem z pasem jiu-jitsu, zwanym Mr. Show. W wigilię jesiennego tour Toola po Europie, Keenan pozwala The A.V. Club zobaczyć po trosze z tych wszystkich.
The A.V. Club: Podczas ostatniej konferencji prasowej mówiłeś tyle samo o polityce, co muzyce. Skoro jesteś tak wygadany – czemu nie udzielasz więcej wywiadów?
Maynard James Keenan: Bo nie jestem wykształconym człowiekiem. Wiem tylko to, co mi powiedziano, a nie powiedziano mi wiele; nie mam ani trochę pomysłu jak być odpowiedzialnym przywódcą. Jestem artystą i po prostu mielę ozorem o moich uczuciach-co pomaga ludziom radzić sobie w życiu, ale nie bardzo nadaje się do rozwiązywania politycznych kwestii. Mogę tylko powiedzieć, że coś mi tu śmierdzi. Nie wiem skąd i nie wiem co, ale, jako artysta, mogę wyrazić swoje uczucia w tej materii. Ale nie mogę wziąć tej odpowiedzialności i mówić ludziom co robić i gdzie iść, bo byłbym tak samo winny jak ci, którzy rozstawiają wszystkich po kątach.
AVC: Czy przez to, że Tool sprzedaje takie mnóstwo płyt – wasze przesłanie nie rozmywa się troszkę?
MJK: Cóz, troszkę musi się rozmyć. Sprawdziłem to wydając z A Perfect Circle “polityczny” album. [Do 2005, Keenan był zaangażowany też w A Perfect Circle; "polityczny" album to EP eMOTIVe. z 2004-go - przyp. red.] Nawet nie napisałem tych piosenek; pozwoliłem tylko ludziom usłyszeć to, co mi powiedziano, rzeczy, które inspirowały mnie, gdy byłem dzieckiem, które słyszałem podczas różnych, trudnych okresów. I zostałem, kurwa, ukrzyzowany. Jeśli posłuchasz tego albumu i zapomnisz, że to covery, uznasz, że to dobra płyta, ale zostałem ukrzyżowany za jej przesłanie, bo gdzieś tam jest armia pierdolonych, małych bachorów, gadających pierdoły na każdym chacie, podcinających skrzydła każdemu, kto ma coś do powiedzenia. To szaleństwo, jak świat z 1984 albo koncepcja Wielkiego Brata.
AVC: Czy dlatego twoje teksty są tak enigmatyczne?
MJK: Taa, myślę, że istotnym jest, aby ludzie obudzili się rano i sami sięgnęli po książkę. Nie możesz im kazać jej czytać. Trzeba po prostu postępować i czuć samemu i może kiedyś to przyniesie efekty. To trochę jak nauka sztuk walki – robisz to samo przez 10 lat i nagle, pewnego dnia, coś zaskakuje. I gdy to osiągniesz, czujesz to, to odbija się w twojej twarzy – patrzysz na senseia, ten się uśmiecha, kiwa głową i mówi “o to chodzi”. Wtedy wiesz i idziesz naprzód. Ale dopóki nie dojdziesz do tego sam – nic nie osiągniesz.
AVC: Podczas tour promującego Lateralusa w 2001, użyłeś sformułowania “Idźcie i róbcie coś pozytywnego, stwórzcie coś.” jako czegoś w rodzaju ożywczego scenicznego krzyku. Teraz nie wyglądasz tak pozytywnie. Skąd ta zmiana?
MJK: Cóż, myślę, że sytuacja w Ameryce stanie na ostrzu noża, bo to zaszło za daleko – ludzie zostali oszukani i są zawstydzeni, ale nic z tym nie zrobią. Będą udawać, że coś robią, by móc później powiedzieć “a nie mówiłem?” To naprawdę dołuje; wszyscy wariują-i cały kraj jest chory, jeśli nie cała planeta, weź fanatyzm religijny, który zaraża wszystko wokół.Jeden z braci Baldwinów został kaznodzieją? Jezu, kurwa, Chryste.
AVC: I jest jeszcze Kirk Cameron z Growing Pains, który przewodzi ministerstwu.
MJK: Właśnie o to mi chodzi. Ciężko określić, czy mówią poważnie-ale takie rzeczy zawsze kończą się rozlewem krwi. Rozumiesz o czym mówię? Wszystko jest czarne albo białe, na jednym albo drugim biegunie, nie ma żadnej szarej strefy i to prowadzi do wojny.
AVC: Więc musisz się cieszyć, że będziecie koncertować za granicą?
MJK: Nie, bo tam najprawdopodobniej będzie jeszcze gorzej. Nie znam innego rozwiązania niż po prostu mieć nadzieję, że możemy uciszyć burzę. Spójrzmy na Europę, tę po I i II Wojnie światowej – przetrwali tylko ci, którzy mieli przetrwać: byli dobrze zorganizowani, radzili sobie sami i przetrwali zimę. Przetrwali, trwają i trwać będą. Zawsze to jakiś pozytyw. [śmiech] Moją odpowiedzią na to jest założenie winiarni w Arizonie. Mam nadzieję, że USA przejdą przez cały proces winnej fermentacji i osiągną wyższy poziom – staną się miejscem dla ludzi myślących lokalnie i ignorujących klaunów u władzy.
AVC: Mówi się, że jesteście odludkami i nie mówicie niczego wprost, nawet swoim najbliższym. Myślisz, że ciężko jest z wami pracować?
MJK: Nie, ani trochę. Po prostu nie tolerujemy głupców. Wiesz, jesteśmy artystami, i ciężko pracujemy nad swoimi dziełami, tak samo jak ty wkładasz pasję w bycie dziennikarzem. A kończy się najczęściej gadką z jakimiś frajerami. [śmiech.] Zazwyczaj podchodzilismy do tego tak- “Wiesz co? Pierdol to. Mam to w dupie.” Po prostu robiliśmy swoje a ludzie przychodzili nas zobaczyć. Później mówili o nas swoim znajomym, którzy mówili swoim znajomym i jakoś się kręciło. W końcu przecież liczy się umiejętność rozmowy na tematy, które nas jarają. Jeśli się znajdą zapaleńcy, to ja jestem skłonny z nimi pogadać.
AVC: Czujesz brak kontaktu z fanami?
MJK: Najczęściej nie wiem w ogóle kim są ci ludzie – zwłaszcza, gdy podróżujemy przez Europę. I to nie tylko nasza wina, a serii nieszczęśliwych przypadków. Grasz ciężką muzyke, a wydawca, który nie ma najmniejszego pojęcia o twojej twórczości – natychmiast popularyzuje cię wśród śmierdzących idiotów w dredach i B. O., najlepiej jeszcze w obsikanych butach, bo spali we własnych odchodach podczas festiwalu, gdy padało. Tylko wśród tych. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że tylko tacy ludzie pojawiają się na koncertach – tylko ci dziwni, skretyniali ludzie. Później jesteś gdzieś na kawie z przyjacielem, czytasz Noam Chomsky albo The Onion, rozglądasz się i widzisz grupę dzieciaków, którzy mogliby być zrobieni z sera, bo wszędzie mają wszy. Pytasz “Hej, chcielibyście byc tacy, jak oni?”. Każdy odpowiada “Ni chuja.” A oni noszą koszulki Toola. Dlaczego mielibyśmy chcieć być tacy? Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć “iść na Toola” skoro naszą najbardziej reprezentatywną widownią są te dzieciaki? To sytuacja bez dobrego wyjścia. Oczywiście to ekstremalny przypadek.
AVC: Tool wybił się w czasie ery nü-metalu. Jednak inaczej niż Korn i Limp Bizkit, ciągle jesteście aktywni. Czemu tak?
MJK: Pozostaliśmy dzięki ludziom, którzy nas zrozumieli.
AVC: To musi być przyjemne – pierwsze miejsce na liście debiutów, z płytą zawierającą, długie, trudne, wymagające utwory.
MJK: Tak, to prawda. Uwierz, jestem naprawdę zachwycony; jestem zachwycony i wdzięczny, że jest gdzieś tam tylu ludzi, którzy wiedzą o co chodzi. Ale wiesz, jestem pesymistą, mrukiem, dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pusta-ale to właśnie mnie napędza. Bez tego, nie mielibyśmy mnie.
AVC: Czy Tool ciągle jest dla ciebie wyzwaniem?
MJK: Tak, dla nas największym wyzwaniem jest spotkać się gdzieś w środku. Gdy jesteśmy na próbie, od pierwszego dnia, w 1990, myślisz, “taa, chciałbym to zrobić w ten sposób.” Nie możesz pozwolić sobie na takie myślenie; musisz słuchać, czuć co się dzieje i wtedy reagować. To dotyczy wszystkich. I jakikolwiek by nie był efekt – jest nim album. Jesteśmy wszyscy totalnie różnymi indywidualistami, dorastaliśmy w innych warunkach i doświadczyliśmy innych rzeczy, więc efekt końcowy pada gdzieś pośrodku. Zatem, w teorii, powinien być zawsze inny.
AVC: Tool współpracował z Tomahawk, Meshuggah, Isis, Mastodon-wasze supporty to najczęściej ludzie “myślący naprzód”. Czy oni mieli na was wpływ?
MJK: Na swój sposób, tak. Na przestrzeni lat nasze gusta muzyczne poszły w rózne strony. Teraz głosujemy – gdy dwóch opowiada się za czymś, robimy to. [śmiech.] Nie zrozum mnie źle: lubię Isis i Mastodon, ale zdecydowanie wolałbym Peaches albo Autolux albo Yeah Yeah Yeahs; coś niezwykłego, ale nie cięższego czy mroczniejszego niż Tool. Ale to właśnie piękno naszego zespołu: miewamy rozmaite myśli. Teraz zaczynam tour z Mastodon i Isis a sam nigdy bym sie na to nie zdecydował. To wspaniałe, bo nigdy nie słyszałem tej muzyki i, w innym wypadku, nigdy bym nie usłyszał.
AVC: Uznałeś Meshuggah za inspirację dla 10,000 Days-jest w tym coś, piosenki są rytmicznie spoiste, stwarzają iluzję zawiłości, prawie że jak napisane według wzoru.
MJK: Jestem fanem Meshuggah, ale nie aż tak. Dorastałem słuchając Joni Mitchell. Zawsze zwracam się ku melodii-do mnie należy słuchanie się co się stanie, gdy chłopaki zaczną odstawiać muzyczne cuda na kiju. Do mnie należy ułagodzenie tego i wypośrodkowanie, byście, słuchając tego, nie dostali oczopląsu. [śmiech.]
AVC: Jesteś “ludzką” częścią?
MJK: Nazwijmy to – nieprzewidywalną, irracjonalną, emocjonalną częścią.
AVC: Czytasz czasem fanowskie interpretacje twoich utworów w sieci?
MJK: Na Boga, nie!
AVC: Jak daleko ludzie przy tym zachodzą! Ogólnie – myślą, że stopniowo wyrażasz swe kolejne pomysły przez kolejne albumy.
MJK: Czy to nie świetne? Puszczają utwory od końca etc. To jakby: “Musisz kupić Slurpee, ale tylko do połowy, i kiedy pijesz Slurpee, i gdy dokładnie podczas ostatniego łyka, dźwięk przełykania zbiegnie się.” Mój Boże. Żartujesz sobie?
AVC: Niektórzy sądzą, że na 10,000 Days są trzy ukryte utwory, które stanowią klucz do całego albumu. Sądzą, że dzięki temu wzniosą się na wyżyny estetyczne, czy coś.
MJK: [śmiech.] To nie my decydujemy na kogo trafimy. Rozumiesz? Czasem zdarza się, że podczas medytacji, gdy osiągasz wyższe poziomy świadomości, coś w twoim ciele “zaskakuje”. Idziesz dalej – to się chyba nazywa “sufizm”. Jeśli ludzie chcą to osiągać, to droga wolna. Ale to nie my to wymyśliliśmy.
AVC: Ile miałeś lat, 25 kiedy zaczynaliście?
MJK: Dobry Boże. Taa, myślę, że to było coś koło 25, 26 lat.
AVC: W tym wieku ciężko było pewnie uwierzyć, że zajdziecie tak daleko?
MJK: [śmiech.] Naprawdę ciężko.
AVC: Zdajesz się kontrolować swój wizerunek medialny. Wkurza cię gdy fani robią różne dziwne rzeczy, które dotykają zespołu?
MJK: Zawsze chcieliśmy robić dobre pierwsze wrażenie i by takimi ludzie nas zapamiętywali. Więc szeptaliśmy zamiast krzyczeć; mówiliśmy “nie” zamiast “tak”-i to działało na początku. Działało dlatego, że widziałeś w nas to, co chcieliśmy byś zobaczył, a nie to, co inni kazali co w nas widzieć. Oczywiście pozostawało drugie tyle ludzi, nazywających się dziennikarzami, którzy twierdzili, że trudno się z nami porozumieć. Tak naprawdę – nie odrobili pracy domowej i nie mieliśmy o czym z nimi rozmawiać.
AVC: Nie drukujesz liryk, ale są dostępne w sieci. Czemu po prostu nie dołączysz ich do albumu, jak swoich prac graficznych?
MJK: Czytanie to proces lewej półkuli mózgu, a słuchanie muzyki to funkcja prawej. Funkcje prawej półkuli są bardziej emocjonalne i mają “miększe krawędzie”, więc gdy słyszysz album po raz pierwszy, powinieneś go usłyszeć, poczuć. Gdy zaczynasz go “czytać”, myśleć o nim, okradasz się z szansy na te głębsze doznania. [śmiech.] Gdy idziesz do galerii sztuki, najlepiej zapamiętujesz te dzieła, które nie mają w rogu tabliczki z dokładnym opisem. Wiesz, jeśli Mona Lisa miałaby resztkę hamburgera w kąciku ust, to byłoby jedyne, co byś zapamiętał.
AVC: Opakowanie 10,000 Days robi wrażenie-co musieliście zrobić, by pozwolili wam uczynić je takim?
MJK: Stanęliśmy przed wydawcą i powiedzieliśmy – “Widzicie, to będziemy robić podczas tour. To będziemy robić podczas sprzedaży płyt. Nie musimy tworzyć albumów. To wy tego chcieliście, dinozaury? Co o tym sądzicie?” Musieli to zaakceptować, bo chcemy mieć frajdę z tego, co robimy a oni muszą się zgodzić, żeby przetrwać.
AVC: Jakie wino masz w kieliszku na zdjęciu w 10,000 Days?
MJK: Porto Burmester z 1963.
AVC: Kiedy zaczęła się twoja winiarska pasja?
Maynard James Keenan: Myślę, że tak miało po prostu być. Oto historia, która doprowadziła mnie do zasadzenia pierwszej winnej latorośli – podczas Święta Dziękczynienia kilku krewnych stwierdziło, że mój pradziadek i moi dziadkowie mieli winnice gdzieś w północnych Włoszech, które stały się południowo-wschodnią Francją. Dlaczego Włosi robili wino? Nie miałem pojęcia. Ale to było trochę jak powrót do korzeni, skok generacyjny. Bycie małomiasteczkowym gościem, zawsze w trasie, patrzenie jak managerowie i inni ważniacy wokół popijają czerwony soczek ze szklanek i rozpływają się w zachwytach sprawiało, że czułem się jak nie z tej bajki. Myślałem: “Kurwa, co jest w tej szklance i kto za to zapłacił?” Zacząłem podbierać im butelki, gdy nie patrzyli i, trochę pobłażliwie, próbowałem, aż w końcu stwierdziłem, “Hej, coś w tym jest.” Z czasem doznałem jakby olśnień – “Hej, to wino naprawdę nieźle smakuje z tym posiłkiem” etc. Zacząłem kolekcjonować wina, co doprowadziło mnie do spojrzenia przez okno w Arizonie, pomyślenia, “Stary, to idealne miejsce na winiarnię. To może wypalić” Tak się zaczęło.
AVC: Dla większości ludzi Arizona nie wydaje się “winiarską” ziemią.
Maynard James Keenan: Nie, czemu, jest świetna.Jesteśmy 5,000 stóp, 4,000 stóp nad ziemią i Dick Erath, gość, który spopularyzował “pinot noir” w Oregonie, sprzedał swój znak towarowy i winiarnię i kupuje ziemię w Wilcom, w Arizonie. Widzi w Arizonie to samo co ja – szansę na robienie zadziwiającego, głębokiego, “słonecznego” wina.
AVC: Nie jest was tam, winiarzy, specjalnie wielu?
Maynard James Keenan: Bardzo niewielu, bo mamy przeciwko sobie zajadłych Republikanów. Brużdżą nam nieco, ale myślę, że damy radę, bo pokazujemy właśnie to, na czym im zależy – wartości rodzinne, małomiasteczkowość, pracę na swojej ziemi.
AVC: Fajnie będzie mieć kogoś takiego za miedzą, no nie? Nie robisz wszak byle czego.
Maynard James Keenan: Tak, definitywnie. Nie jesteśmy tu po to, żeby przejeżdżający przypadkowi ludzie mogli kupić gumowe Tomahawki i filiżankę herbaty. Chcemy tworzyć dla ludzi, którzy przyjadą tu by w wieczór i w noc napić się dobrego wina w dobrej restauracji, których na razie nie ma wprawdzie zbyt wiele, ale z czasem będzie większa konkurencja, lepsi szefowie kuchni, lepsze restauracje – ludzie będą się trochę bardziej starać.
AVC: Dlaczego Arizona?
Maynard James Keenan: Niejako przez przypadek. Miałem sen, w którym znalazłem się w niewidzianym nigdy wcześniej miejscu; wyglądało trochę jak Arizona, ale nie było podobne do miejsc, w których bywałem: Phoenix albo Flagstaff, a zresztą tam wcale nie chciałbym mieszkać. Tim Alexander, perkusista Primus, mieszkał kiedyś tam, gdzie ja teraz – w Jerome, powiedział: “Sprawdź to; pokażę ci co jest na rzeczy.” Więc poszedłem z nim i zrozumiałem: “Tak, to mój sen; to jest to, co widziałem.” Kto wie, to mogło być miejsce, przez które przejeżdżałem w Toskanii podczas trasy i które utknęło gdzieś w moim umyśle. Jakieś wzgórza w południowej Francji albo coś w tym stylu. Ale to widziałem we śnie. Wiec pojechałem tam, zmieniłem licencję i kupiłem dom.
AVC: Masz jakieś ulubione wino z własnej winiarni?
Maynard James Keenan: Na razie stworzyłem dopiero trzy. Jest klasyczne cabernet, które najprawdopodobniej stanie się winem z górnej półki. Długo, długo dojrzewające; to definitwnie inwestycja, ale nie moje ulubione. Jest też Nagual de La NAGA, które jest super toskańską mieszanką, cabernet Sauvignon; mnóstwo owoców, wiśni -prawdziwy styl Brunello di Montalcino, który naprawdę lubię. Ale to, które najbardziej lubię jest rodzajem eksperymentu: wziąłem Syrah – z gron Shiraz, dodałem troszkę Malvasia, które jest włoskim, bardzo zróżnicowanym białym i to dało naprawdę rozpoznawalną kompozycję; wąchając – czujesz kwiaty i miód, ale pijąc – czujesz porządne Shiraz. To dobre wprowadzenie do win, bo możesz usiąść, wypić szklankę, mieć frajdę nie rozumiejąc go tak naprawdę. Samo ci się prezentuje. Ale nie jest zwodnicze: jak Yellowtail Shiraz, które kupisz w sklepie spożywczym, które tak naprawdę nie jest nawet zrobione z winogron; smakuje jak sok z drewna. Kusi, ale nie jest prawdziwym winem. Ale Premier Paso, mieszanka Shiraz i Malvasia, jest jedym z tych, po których albo pokochasz wino, albo znienawidzisz..
AVC: Nie boisz się uznania za parweniusza?
Maynard James Keenan: To się i tak stanie i nie mogę nic zrobić, by temu zapobiec. Jedyna róznica pomiędzy mną a resztą “gwiazd-winiarzy”, jest taka, że oni nawet nie robią wina – ktoś robi to za nich. Ja robię to sam. Podczas trasy nie mogę poświęcić temu tyle czasu, ile bym chciał. Kiedyś wróciłem z trasy po USA 7go października, to 9go, o szóstej rano ugniatałem winogrona. Trochę straciłem we wrześniu, ale niezbyt wiele.
AVC: Jesteś też partnerem w restauracji…
Maynard James Keenan: Tak, w Los Angeles-Cobras & Matadors.
AVC: Jak udaje ci się łączyć to wszystko?
Maynard James Keenan: Planuję na przyszłość. Na razie mam energię na to wszystko, ale kiedy będzie trzeba dam sobie spokój z tym, z czym będę musiał. Tymczasem daję radę, ale to, faktycznie, nie jest łatwe. Jedyny sposób, żeby to wszystko działało, to włożyć w to pasję i naprawdę chcieć. Niektórym wystarcza, że coś się sprzedaje pod ich nazwiskiem. Ale prawda i tak zawsze wypływa na wierzch – zwłaszcza jeśli chodzi o wino. Mogą mówić co chcą, ale otwierając wino, po prostu to wiesz.
AVC: Poleciłbyś jakieś “wina od gwiazd”? Myślę, że te od Francisa Forda Coppoli są warte spróbowania.
Maynard James Keenan: Ta, wina od Copolli są naprawdę niezłe. W tym roku żadnego nie piłem, ale z tego, co pamiętam, naprawdę są warte spróbowania. Zrobiłbym wszystko, żeby uniknąć win od Vince’a Neila.
AVC: Vince Neil robi wino?
Maynard James Keenan: Tak, dobry Boże można go nawet spróbować. Próbujesz i myślisz, “O, kurwa, Boże w tym są ogórki konserwowe?”
AVC: Uczyłeś się sztuk walk u Ricksona Gracie, którego uważa się za jednego z najlepszych mistrzów jiu-jitsu na ziemi. Czego ten trening nauczył cię o tobie samym, o twoich silnych i słabych stronach?
Maynard James Keenan: To naprawdę dobijające doświadczenie. Zdajesz sobie sprawę, że, przy moich gabarytach, i tak dostaniesz w dupę. [śmiech.] trochę umiem, ale jestem tylko małym facetem i niewiele mogę zrobić, gdy jacyś goście z przerośniętym ego i zbyt dużą dawką testosteronu decydują się zrobić innym krzywdę. To trochę jak eksperyment w Stanford Priso gdy przychodzi co do czego, to tylko walka pitbulli. Ciężko było się tego nauczyć: trenujesz, starasz się nauczyć, starasz się rozwijać, i wtedy nagle trafiasz na stukilogramowego wała, który nie umie sam siebie kontrolować; nie zdaje sobie sprawy, ze on codziennie wyciska 300 funtów, a ja ważę tylko 150, stary. Więc kiedy się na mnie napina, pamiętam to długo. On, niestety, nie.
AVC: Dałeś mu nauczkę?
Maynard James Keenan: Kiedy chcę jestem wystarczająco szybki, więc tak. To jest piękno jiu-jitsu: jeśli jestem wystarczająco szybki, tak, mogę dać mu nauczkę. Tak ogólnie? Nie mogę. [śmiech.]
AVC: Na YouTube jest film, na którym podczas koncertu powalasz na ziemię fana, który wbiegł na scenę, by cię objąć. To naprawdę miało miejsce?
Maynard James Keenan: Tak, był taki koncert, gdy jakiś debil wbiegł na scenę to była jedna z tych nocy, gdy wszystko waliło mi się na łeb, wielu ludzi starało się wyprowadzić mnie z równowagi jeszcze jakiś dzieciak wbiegł na scenę. Przepraszam!
AVC: Fani nie mają cię zbyt wiele, więc twój wizerunek opiera się na takich oderwanych od rzeczywistości ujęciach: Maynard powalający fana; Maynard na scenie w dziwnych sytuacjach; Maynard jako ewangelicki kaznodzieja. Jest gdzieś pomiędzy tym wszystkim prawdziwy Maynard?
Maynard James Keenan: Muszę chwilę nad tym pomedytować mam tu gdzieś kryształ New Age. Mmm. [śmiech.] To wszystko są kawałki mnie. To znaczy, kim naprawdę jest Christian Bale? Czy to ma jakieś znaczenie? Myślę, że naszą misją jest zabawiać i spójrzmy prawdzie w oczy: zabawiamy!; w żaden sposób nie jesteśmy filozofami raczej zwykłymi klaunami. Więc ubieramy się jak klauni, bo to ułatwia sprawę. To pozwala niejako “wyjść z ciała” i bawić się swoim wizerunkiem. Mam nadzieję, że ktoś bierze z tego coś dla siebie. Ja biorę. I mam frajdę.
AVC: To jest strona, której większość nie widzi: jesteś naprawdę zabawnym gościem. Na przykład, nazwałeś swoją winiarnię po starożytnym symbolu uzdrawiania, ale pola z winogronami, Merkin, noszą nazwę po perukach (?).
Maynard James Keenan: [śmiech.] Najwyższy czas, żeby ktoś to wreszcie zauważył! Jezu Chryste, myślałem, że jestem z tym sam.
AVC: Nawet w Toolu, zawsze był kontrast między mroczną, poważną muzyką i niedorzecznymi nazwami utworów.
Maynard James Keenan: Taa, no wiesz gdy mówiłem o gwałcie na nieletnim członku rodziny nosząc kostium i perukę Bozo The Clown pytali: “Czy to prawdziwe piersi? Czy on naprawdę założył prawdziwe piersi?”
AVC: Chciałbyś, żeby ludzie zwracali większą uwagę na humorystyczne aspekty tego, co robisz?
Maynard James Keenan: Nie. Choć mogłoby kogoś zainteresować, że byłem zaangażowany w komedię: brałem udział w kilku odcinkach Mr. Show. Byliśmy z Bilym Hicksem kumplami planowaliśmy nawet wspólną trasę zanim zmarł. I znowu – to tylko kawałek historii. Nie muszę tłumaczyć tego wszystkiego ludziom. Albo zrozumieją, albo nie. Jeśli jesteś nieco oczytany i rozumiesz mniej więcej używane odwołania, to możesz zrozumieć przynajmniej część moich dowcipów. Na dłuższą metę to nie ma jednak znaczenia; wszędzie jest mnóstwo humoru, trzeba go tylko umieć zobaczyć. Np. zawsze na święta wykupuję ludziom prenumeratę The Onion to mój największy prezent każdego roku. I zazwyczaj moi przyjaciele rozumieją o co chodzi. Ale uwielbiam gdy gazeta leży sobie spokojnie, ktoś podchodzi i nie wie co to jest i zaczyna się wkurzać. Wtedy ja wyjeżdżam z: “jak możesz tak mówić?!” Podobnie ma się rzecz z, nie wiem czy kiedyś słyszałeś, The Phil Hendrie Show tutaj w Los Angeles, ale to najzabawniejsze dwie godziny, jakie można sobie wyobrazić, słuchanie jak robi się ludzi w wała: “Nie możesz mówić że Thomas Jefferson był gwałcicielem! Nie można tego uczyć w szkole!” “Tak, trzeba je tego uczyć; to prawda.” [śmiech.] Fajnie jest słychać jak ludzie się oburzają.
AVC: Przeniosłeś się do L.A. żeby założyć Toola-co sprowadziło cię do tego miasta?
Maynard James Keenan: Pracowałem w sklepie dla zwierząt w East Coast, w Cambridge, i zdecydowałem, że mam dość tamtejszej zimnicy i tej okropnej sierpniowej mżawki. Zaznajomiłem się z ludźmi z branży tu na miejscu. Miałem doświadczenie przestawianie regałów i organizowanie tego i owego w sklepach; aranżowałem układy przestrzenne, te sprawy. Więc przeniosłem się tutaj, żeby się tym zająć i, oczywiście, natychmiast zostałem zwolniony. Zacząłem obracać się w branży muzycznej i po jakimś czasie spotkałem Adama [Jonesa, gitarzystę Tool] którzy usłyszeli jak śpiewam na jakimś starym demie z college’u i chcieli założyć zespół, ale nie byłem zbyt chętny. Po jakimś czasie zgodziłem się bo chciałem po prostu, kurwa, krzyczeć; chciałem to wykrzyczeć – frustrację z powodu zwolnienia, utraty domu, ucieczki psa, zerwania z dziewczyną, odebrania samochodu tego wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu miesiąca albo dwóch. Byłem gotowy krzyczeć. Gotowy by się “wywnętrzać”.
AVC: Dużo się przemieszczałeś jako dzieciak. Czy nie sądzisz, że twój pociąg do dyscypliny, zaciąg w wojsku, przestrzenne prace tworzone w szkole, nauka sztuk walki, zainteresowanie filozofią, ma odzwierciedlenie w pragnieniu, żeby “zapuścić gdzieś korzenie”?
Maynard James Keenan: Tak, myślę, że coś może w tym być i myślę, że to właśnie znalazłem w Arizonie. Dotarłem tu, zacząłem się obracać w tym środowisku, spotkałem kilku ludzi, którzy, jako prawicowcy, są bardziej przyziemni niż ktokolwiek, kogo spotykasz w pierdolonym L.A. To trochę odświeżające chociaż nie sądzę, że przeszli by do porządku dziennego nad ślubem twojego brata-geja. Ale z drugiej strony. Myślę o Arizonie jako o złej anty-Kaliforni. To jak z tymi superbohaterami, których ego rozpadło się na pół i zwalczają się nawzajem, ale są tak naprawdę lustrzanym odbiciem tego drugiego i stanowią integralną całość. To właśnie Arizona i California.
AVC: Jesteś ojcem i, siłą rzeczy, twój syn dorasta w innych warunkach niż ty. Jakie wartości starasz się mu przekazać?
Maynard James Keenan: Ważne jest, żeby ludzie, którzy obracają się w branży, osiągnęli jakiś sukces, wiedzieli, że to nie jest prawdziwy świat. Jeśli chcesz, by twoje dzieci dorastały we w miarę stabilnych warunkach i, by ich umiejętności przełożyły się na przyszły sukces, to nie mogą dorastać tutaj. Inaczej wyrosną na innych ludzi, niż byś chciał.
AVC: Mówiąc “tutaj” masz na myśli L.A.?
Maynard James Keenan: Tak, L.A. to po prostu złe miejsce. To coś jakby miejsce, które skupia uzależnionych od narkotyków siedemnastolatków. Jest zbyt wiele stymulatorów ego, zbyt dużo dzieje się nagle, nikt nie ma dla nich czasu, nie poświęca im uwagi. Wiesz, bo uwaga to nie świadomość, że są, uwaga to uwaga. Za dużo swobody sprawia, że sięgają po kolejne stymulatory. I bardzo szybko – mają spieprzone życie. [śmiech.] Wiesz, nie każdy potrafi kręcić tyłkiem jak Drew Barrymore.
Tłumaczył Sebastian

